Pierwsze promienie
Udało się to Ferrari.
Luce jest tutaj. Pierwszy samochód o napędzie całkowicie elektrycznym nie jest już tylko koncepcją; jest prawdziwy, gotowy i ostatecznie objawiony dzisiaj w Rzymie. Czekaliśmy na to od lat. Miesiące wskazówek, godziny spekulacji. Teraz kurtyna się podnosi.
Luce oznacza „światło”. To trafne, ponieważ ten samochód będzie teraz zwracał uwagę na przyszłość, w którą Maranello nie do końca wierzył, gdy ryczał silnik V12.
Szybkość, cisza i skala
Spójrzmy od razu na duże liczby.
Jest szybki. Oczywiście, że jest szybki. Cztery silniki wytwarzają ponad 986 koni mechanicznych. Akumulator o pojemności 122 kWh napędza tę bestię. Przyspieszenie od 0 do 62 mil na godzinę zajmuje zaledwie 2,5 sekundy. Prędkość maksymalna sięga 300 km/h. Jest oszałamiający, ale jest pewien haczyk: waga.
To jest ciężkie. Bardzo ciężki. Oczekuje się, że masa wyniesie 5370 funtów (2436 kg), co czyni go najcięższym Ferrari, jakie kiedykolwiek zbudowano. Rozkład masy wynosi dokładnie 47:53. A co z rezerwą mocy? 529 mil zgodnie z hojnymi standardami cyklu WLTP. W prawdziwym świecie, w ramach bardziej rygorystycznych testów EPA? Spodziewaj się czegoś poniżej 300 mil. Wtedy będziesz potrzebować prędkości ładowania.
Na szczęście obsługuje szybkie ładowanie o mocy 350 kW.
„Autentyczne dźwięki”.
To sformułowanie, którego Ferrari używa cały czas. Nie stają się ciche. Nie bardzo. Pięć poziomów mocy różni się charakterem, ale nie należy się spodziewać fałszywych symulacji zmiany biegów. To nie jest zabawka; To jest GT.
Wewnątrz pudełka
Wnętrze jest miejscem, w którym robi się ciekawie. Albo dziwne.
Jony Ive powrócił. Jego studio LoveFrom współpracowało z Ferrari przy przełącznikach. Tak, Jony’ego Ive’a. Minimalista Apple, który kiedyś rozebrał telefony do samej istoty.
Co zatem otrzymujesz?
Mieszanka starego i nowego. Przełączniki analogowe. Fizyczne przyciski. Prawdziwe elementy sterujące, które klikają i zaspokajają potrzebę klikania. Ale mamy rok 2024, więc ekrany są wszędzie. Cyfrowa deska rozdzielcza za kierownicą. Ekran dotykowy dla kierowcy. Nawet pasażerowie tylnych siedzeń mają do dyspozycji wyświetlacz klimatyzacji. Ale mają też prawdziwe guziki. Nie tylko naciśnięcie szkła.
To styl Apple. Czysto. Jałowy? Może. Ale drogie i sterylne.
Słoń w pokoju: Cena
Ile kosztuje samochód elektryczny od Maranello?
Plotki krążą. 550 000 euro – nagłówek Bloomberga. To około 600 tys. dolarów +. Reuters wcześniej podawał mniej informacji, ale teraz ta cena wydaje się bardziej prawdopodobna. Uwaga: jest to cena obowiązująca we Włoszech, zawierająca podatek VAT. Cena w USA? Zwykle tańsze ze względu na brak podatku VAT, chociaż cła i cła są obecnie dzikim czynnikiem.
Ale tutaj jest haczyk: nie musisz kupować Luce, aby kupować limitowane supersamochody. Ferrari wyraziło się jasno.
Kupując pojazd elektryczny, nie otrzymasz biletu na Purosangue lub Daytona SP3. Trzymają linie oddzielnie. Trudne posunięcie. Tradycjonaliści mogą bojkotować samochód elektryczny; Ferrari nie chce karać swojej lojalnej bazy.
Czy to koniec silnika?
Nie.
To nie koniec.
Luce to tylko jeden element ogromnej układanki. Do końca tej dekady Ferrari planuje nadal pozyskiwać 40% swojej sprzedaży z czystego spalania. Kolejnym 40% będą hybrydy. Luce i jego elektryczne rodzeństwo stanowią tylko ostatnie 20%.
Pomyśl o tym.
V8. V6. Nawet V12. Zostają. Samochód elektryczny to tak naprawdę tarcza. Sprzedając Luce, Ferrari zmniejsza swój ślad węglowy na papierze, umożliwiając im dalszą sprzedaż ryczących silników, które bogaci ludzie faktycznie chcą kupować.
To jest umowa.
Kredyty węglowe dla V12.
Transmisja została rozpoczęta
Relacja na żywo rozpoczyna się o 16:10 ET.
Jeśli chcesz to zobaczyć, włącz dźwięk. To spektakl. Rzym będzie patrzył. Świat będzie patrzył. Ale zadaj sobie pytanie: dlaczego?
Aby zobaczyć technologię? Aby ocenić projekt? Albo po prostu potwierdź, że do cichego klubu dołączyło teraz Ferrari, firma, która zbudowała swoje imperium na hałasie i zachodnim paliwie.
Cokolwiek wydarzy się dziś wieczorem, jedno jest pewne. Zasady się zmieniły. Ale gracze są tacy sami.























